niedziela, 4 sierpnia 2013

Zmiany.

Całą noc nie spałam. Po prostu nie mogłam się doczekać aż zadzwoni do John'ego. Byłam taka podekscytowana. Dzisiaj na szczęście nie musiałam iść do szkoły, bo trzecie klasy miały jakiś sprawdzian przygotowujący ich do matury. Nawet nie chciałam myśleć, że za rok czeka mnie do samo. Nigdy nie miałam jakiegoś specjalnego zapału do nauki. Zawsze jakoś tam wychodziło. Często wagaruję, ale to dlatego, że strasznie długo śpię. Więc zadziwiające było to, że w dzień wolny od nauki o 7 byłam po gorącej kąpieli i jeszcze przebrana, umalowana.
Był środek lutego, dokładnie 14. WALENTYNKI, których nienawidzę. I nie dlatego, że nie mam chłopaka. Nie znalazłam tego jedynego i tyle. Zresztą chłopak nie jest mi do szczęścia  potrzebny. Według mnie te walentynki są takie denne, i nie wiem czemu większość dziewczyn nie może się ich doczekać.
Nie chciałam schodzić na dół, żeby nie obudzić rodziców. O dziwo nie byli na żadnej delegacji ani wyjeździe. Włączyłam laptopa, nic ciekawego.
Spojrzałam na półkę nad łóżkiem, na której trzymałam swoje książki. Wszystkie przeczytane, oprócz jednej... "Zauroczenia" Pameli Wells. Nigdy jej nie przeczytałam, bo nie lubię romansideł. Dostałam ją rok temu, na walentynki od Pawła (ale szkoda gadać, zapatrzony w siebie mięśniak). Tak strasznie mi się nudziło. A wariantów nie było za wiele. Jednak  książka okazała się ciekawa, przeczytałam całą od razu. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu, było już przed 13.
"Może zadzwonić do dziewczyn"- pomyślałam, ale skarciłam się w myślach. Muszę nauczyć się podejmować decyzję sama, bez przyjaciółek. Wyjęłam wizytówkę, którą miałam pod poduszką i wystukałam numer John'ego.
-Yess ? - usłyszałam poważny głos.
-Dzień dobry. Ja...Hmmm. -z trudem sklejałam słowa. Nie wiedziałam od czego zacząć. A wczoraj opracowałam tyle wersji tej rozmowy.
-Nie rozumiem. Proszę mówić wyraźniej. Nie mam czasu na takie bezsensowne rozmowy. Jeśli nie ma pani nic konkretnego do mnie. Do widzenia. - powiedział srogo, co kompletnie zbiło mnie z tropu.
-Przepraszam. Roksana z Torunia. Miałam numer 12. Podszedł pan do mnie. Dał wizytówkę. Miałam zadzwonić. - powiedziałam nieskładnie.
-Aaaa pamiętam.- powiedział przeciągle.- Masz niesamowitą barwę głosu, byłem pewny, że wygrasz. I jak, co zdecydowałaś? Chcesz ze mną współpracować?
-Myślałam nad tym....
-Iiiii? - niecierpliwił się.
-Tak. Zgadzam się na współpracę z panem- powiedziałam i uśmiechnęłam się do siebie. Najgorsze za mną.
-Cieszę się. Ale ja nie jestem żadnej pan tylko John. - usłyszałam śmiech przez słuchawkę. - Myślę, że nie ma na co czekać. Podaj mi swój adres. Przylecę jeszcze dzisiaj, podpiszemy kontrakt i pogadam z twoimi rodzicami.
-Ale po co ? -zapytałam zdziwiona.
-Muszą wyrazić zgodę na twój wyjazd do UK. Myślę, że jak szybko pójdzie to wylecimy jeszcze dziś.
-Coo... Myślałam, że ja w Polsce. Tutaj mam przyjaciół. Tutaj mam wszystko - szepnęłam i poczułam łzy napływające mi do oczu.
-Rozumiem cię doskonale. Ale musisz wybrać albo kariera albo przyjaciele. - powiedział jakoś tak słodko. -Podaj mi twój adres. To będzie dla ciebie dobre, zaufaj mi.
Powiedziałam mu ulicę i numer domu.
-Powinienem być koło 19. - rzucił i się rozłączył.
Nie tak to sobie wyobrażałam, nie tak !!!!! Niki, Alexis, Adi.. Co z nimi... Są dla mnie wszystkim. Bo rodziców i tak na ogół nie ma. Złapałam poduszkę i wylałam w nią łzy, chyba za wszystkie czasy.  Chyba drugi raz w życiu płakałam. Nie lubię okazywać słabości.
Nie myśląc dłużej zadzwoniłam do Oli, potem do Nikoli (która jak zwykle była z Adrianem) i zaprosiłam ich wszystkich na pizzę.
Chciałam śpiewać, bardzo. Kochałam ten stan, w którym znajdowałam się śpiewając. Ale moi przyjaciele. Postanowiłam z nimi pogadać. Oni powiedzą mi co o tym sądzą.

Musiała miną godzina z czymś zanim zaczęłam temat. Oczywiście, na ich uwagi typu "Co taka cicha siedzisz" , "To do ciebie nie podobne" nie zwracałam uwagi. W Pizzerii Hacienda zawsze był ruch i naszej pizzy ciągle nie było. Zawsze lubiłam tu przychodzić, a najbardziej w zimę. Było tu tak ciepło, przytulnie i jeszcze te zapachy. Moi przyjaciele gadali (chyba) o tymć na jaką imprezę walentynkową iść. Gdy nagle ja wyskoczyłam:
-Gdybym miała wyjechać na stałe do Brytanii.... Co byście na to powiedzieli ? - spojrzeli na mnie z rozdziawionymi minami.
-A wybierasz się.? - zaśmiał się Adrian, przerywając napiętą ciszę.
-Dzwoniłaś do tego całego John'a ? -zapytały jednocześnie Niki i Alexis z poważnymi minami. Wtedy opowiedziałam im moją rozmowę z John'em i zakończyłam:
-Teraz nie wiem co mam zrobić.
Znowu zapadła cisza.
- O której ma przyjechać ten John ? - zapytała Niki i wymieniła się znaczącym spojrzeniem z Olą.
-Koło 19.
-Teraz jest 16. Zjemy pizze i idziemy cię spakować. - powiedziała Alexis, a Nikola i Adi jej przytaknęli.
Z jednej strony fajnie, że będę mogła spełniać swoje marzenia, a z drugiej byłam zła, że moi przyjaciele wcale nie interesowali się tym, że już mnie z nimi nie będzie. To było przykre.

W pizzerii siedzieliśmy chyba do 17, potem poszliśmy do galerii. Zdecydowałam, że kupię sobie nowe ciuchy do UK. I nie będę się potem przejmowała pakowaniem. Około 20 byłam już gotowa, i właśnie szliśmy do mnie do domu. Mieliśmy się pożegnać przed moim odjazdem. Nawet nie pisnęłam słówkiem, że jeszcze nie wiadomo, czy pojadę, bo muszę pogadać z rodzicami i takie tam. Pewnie ich to nie obchodziło.
Przez cały czas, od tamtej wymiany zdań w Haciendzie panowała napięta atmosfera. Praktycznie w ogóle nikt się nie odzywał.
Przed moim domem stał jakiś czarny samochód, który na pewno nie był samochodem moich rodziców. Gdy weszłam do domu, który było otwarty zauważyłam, że kurtek i butów moich rodziców nie ma. Leży tylko jakiś skórzany,męski płaszcz, który nie był w stylu mojego taty. Nie wiedziałam o co w tym wszystkim chodzi. Gdy weszłam do salonu, zobaczyłam, że na kanapie siedzi wyprostowany mężczyzna, którego skądś kojarzyłam. Tak, to facet z klubu, czyli John. Spojrzałam na Adriana, Nikolę i Olę , którzy podobnie jak ja mieli  zdziwione miny.
-Co pan...Tzn. Co ty tu robisz? I w ogóle o co tu chodzi? - zapytałam John'a.
-Hej Roksi, mogę tak na ciebie mówić, prawda? - nawet nie czekając na odpowiedź podszedł do moich przyjaciół i wszyscy zaczęli wymieniać się swoimi imionami. A ja stałam jak wryta.
-O co tu kurwa chodzi?!! - krzyknęłam. Byłam wkurwiona na maksa. Nie dość, że przyjaciele nie interesowali się tym, że wyjeżdżam to nie wiedziałam gdzie sa moi rodzice, i kto tu wpuścił John'a.
-Spokojnie. Cóż...Sprawa jest prosta. Przyjechałem tu po ciebie, jednak ciebie nie było. Na szczęście byli twoi rodzice. Podpisali umowę, kazali czy życzyć powodzenia i powiedzieli, że mają jakieś ważne spotkanie. No i sobie pojechali. - powiedział spokojnie.
Patrzyłam na niego, jakby był duchem. Fajnych mam rodziców nie? Nie przejęli się nawet tym, że wyjeżdżam na stałe do Wielkiej Brytanii.. Zajebiście !!! Czułam, że zaraz się poryczę, ale nie chciałam pokazywać im swojej słabości.
- Idę na górę po parę rzeczy. - mruknęłam i szybko wbiegłam na schody.
-Dobra. Tylko się spiesz. Czekamy koło samochodu. - usłyszałam za sobą krzyk John'a.

Właśnie John pomagał mi włożyć ostatnią walizkę i zamykał bagażnik. Wszedł na miejsce kierowcy.
Ja stałam na przeciwko moich trzech przyjaciół. Tak naprawdę tylko ich miałam na świecie, a teraz nawet nie jestem pewna, czy im na mnie zależy.
- To pa.- powiedziałam po prostu  i już miałam wsiadać do samochodu, gdy oni wszyscy rzucili się na mnie i zaczęli mnie ściskać. Czułam na swoim ciele ich łzy. Też zaczęłam płakać. Poczułam się lżej na duszy. JEDNAK IM ZALEŻY!
Uściskom nie było końca, ciągle słyszałam:
-Kochamy cię !
-Nie docierało do mnie to, że wyjeżdżasz!
-Już tęsknie !
ITD, ITP.
Jednak John zaczął mnie ponaglać i na koniec uściskałam każdego z osobna i każdemu podarowałam cmoka w policzka. Obiecaliśmy sobie codzienne rozmowy na skype, dzwonienie, sms-y i takie tam. Umówiliśmy się, że będą do mnie przyjeżdżać, jak będzie trochę wolnego od szkoły. Już mniej się martwiłam. Wiedziałam, że nasza przyjaźń jest prawdziwa i przetrwa wszystko.

Potem wszystko działo się jak przez mgłę. John okazał się fajnym gościem i dużo gadaliśmy w czasie drogi na lotnisko. Nawet nie wiem kiedy znalazłam się w samolocie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz